Jak walczyłem z uzależnieniem od hazardu i kasyn online? Wyznanie hazardzisty

"Cześć, mam na imię Stanisław i przegrałem pięć milionów na zakładach". Wyznanie polskiego hazardzisty

Był artystą, kuratorem wystaw i marszandem. Sprzedawał dzieła sztuki i żył sobie spokojnie. Zaczął obstawiać zakłady sportowe, popadł w długi, stracił dochody, majątek i reputację. Szczerydobolu.pl publikuje historię jednej choroby.

Nazywam się Olga i w mojej rodzinie jest osoba uzależniona od hazardu. To, co dla was nazywa się po prostu "ludomanią", jest koszmarem mojego życia i dramatem ostatnich ośmiu lat.

Ta krótka przemowa posłanki Olgi Belkowej o swoim synu, wygłoszona drżącym głosem z trybuny parlamentu, jest klasycznym przykładem tego, czym jest ludomania. Uzależnienie od hazardu. Choroba, która w międzynarodowej klasyfikacji kryje się pod symbolem "F.63".

34-letni były artysta i marszand Stanisław Sylantjew, który borykał się z podobnym problemem, postanowił pójść dalej niż Olga Bielkowa. Zgodził się szczegółowo i publicznie opowiedzieć czytelnikom "szczerydobolu.pl" swoją historię.

Jeszcze niedawno Stanisław prowadził bohemyjski tryb życia, organizował wystawy, handlował antykami, obrazami i nie odmawiał sobie niczego. Jednak bardzo szybko stał się patologicznym hazardzistą, tracąc pieniądze, reputację, zaufanie przyjaciół i rodziny.

Liczba i częstotliwość zakładów na wydarzenia sportowe, które obstawiał Sylantiew, dla zwykłego człowieka wydaje się nierealna. "W ciągu roku i czterech miesięcy obstawiłem 53 tysiące razy. Przegrałem ponad pięć milionów hrywien" – mówi.

"Najpierw straciłem całą gotówkę" – opowiada Sylantiew. – Potem zacząłem wyprzedawać swoją prywatną kolekcję składającą się z trzystu dzieł sztuki. Miałem prace awangardzisty Wasyla Jermilowa, Wadima Bogdanowa, artysty Leonida Wojciechowa. Były też grafiki Igora Podałczuka, uczestnika Biennale w Wenecji".

Wszystko, co pozostało Stanisławowi, to pół miliona hrywien długów i zdjęcie planu mieszkania, które stracił, ale nadal nazywa "swoim".

"Moje piękne mieszkanie w Lublinie" – pokazuje zdjęcie w smartfonie. "Moje marzenie: 83 metry kwadratowe, dwa pokoje, duży korytarz o powierzchni 10 metrów kwadratowych. Stary budynek z lat 20. XX wieku. Trzy i sześć metrów wysokości sufitów. Stiuki, kominek...

Kupiłem je za 120 tysięcy, a sprzedałem w pośpiechu za 81 tysięcy euro, które przegrałem na zakładach".

Nikt nie jest ubezpieczony od tego, co spotkało Stanisława. W Polsce istnieje otwarty dostęp do wielu stron internetowych, takich jak Mostbet, gdzie można obstawiać zakłady, grać w kasynie i loteriach. Ich reklamy można spotkać wszędzie. Promują je znani blogerzy i gwiazdy sportu, którym ufa wiele osób, zwłaszcza młodzież.

Na takich stronach mogą się rejestrować nawet osoby niepełnoletnie – bukmacherom nie opłaca się weryfikować tożsamości.

W Polsce działa wiele bukmacherów, ale opisany przypadek dotyczy jednego z nich, ponieważ opiera się na osobistym doświadczeniu jednego konkretnego gracza.

W swoim trudnym coming oucie hazardzisty Stanisław Sylantiew widzi misję: przestać ukrywać przed społeczeństwem ciężką i powszechną chorobę, którą kultywują przedstawiciele i lobbyści wielomiliardowego rynku gier hazardowych.

"Wiem, że po tym wywiadzie pojawi się wielu hejterów. Wiem, że powiedzą: "Sam jesteś sobie winien". Bukmacherom opłaca się nastawiać opinię publiczną przeciwko hazardzistom, zrzucając całą odpowiedzialność na takich jak ja" – mówi Stanisław.

Mężczyzna szczery do bólu przekazuje historię choroby hazardzisty z pierwszej ręki.

Chcesz indywidualnej porady? Sprawdź moje płatne Konsultacje

Łatwe pieniądze

Urodziłem się w Berlinie w 1987 roku, kiedy moja mama, Polka, aktorka, była w trasie teatralnej. W wieku pięciu miesięcy przeprowadziłem się do Polski, do Krakowa, do domu babci i dziadka. Tam mieszkałem przez 18 lat, skończyłem szkołę.

Moja mama miała obsesję, żeby wysłać mnie na studia prawnicze na Uniwersytet Burgundzki. Uczyłem się francuskiego na specjalnych kursach w Krakowie. Ale nic z tego nie wyszło – Francja wtedy utrudniła uzyskanie wiz.

Wstąpiłem na wydział prawa w Krakowie, ale po czterech miesiącach odszedłem z powodu konfliktu z wykładowcą. Wyjechałem do Lublina, do Akademii Sztuk Pięknych. W 2013 roku ukończyłem studia licencjackie.

Moje życie w stolicy było zbyt spokojne, można powiedzieć, bohemy. W ciągu doby mogłem łatwo zarobić 6 tysięcy złotych. Byłem dealerem sztuki, znałem kolekcjonerów i dealerów w innych miastach.

Wystarczyły mi dwa telefony. Dzwonię na przykład do Wrocławia: "Cześć, macie Stasa Podlipskiego z rocznika 90?". To taki konceptualista. Odpowiadają mi: "Mamy. 1300 dolarów". Mówię klientowi, wysokiemu urzędnikowi w jednym z ministerstw w Warszawie: "Mamy! 2800". "Co? Maksymalnie 2500!", – odpowiada. I tak zarabiam 1200 dolarów.

Mieszkałem w wynajmowanym dwupokojowym mieszkaniu przy ulicy Kowpaka 4. Nie wiedziałem, czym się zająć, nie byłem zintegrowany ze społeczeństwem. Już wtedy byłem w izolacji, a to zagrało mi zły żart.

Pieniądze były łatwe. Na przykład kupujesz jeden obraz za 300-400 dolarów, a sprzedajesz trzy-pięć razy drożej. W ten sposób sprzedałem kolekcję prac jednego z przedstawicieli ukraińskiego undergroundu za kilkadziesiąt tysięcy dolarów.

Moim największym dochodem z jednego obrazu było 6000 dolarów za pracę lwowskiego artysty Jurija Szczerbatienka z 1970 roku "Na pokładzie". Przedstawia ona nagie kobiety i mężczyzn opalających się na białym statku.

Moim ostatnim nabytkiem było 130 prac Jurija Bolsy, bardzo utalentowanego artysty z Czerwonogrodu w obwodzie lwowskim. Płaciłem mu stypendium, a on malował i wysyłał mi swoje prace. Tę kolekcję sprzedałem potem pewnemu warszawskiemu informatyczowi i wszystko przegrałem w bukmacherze.

Ciężka choroba

Nigdy nie byłem hazardzistą. W dzieciństwie grałem tylko w szachy i warcaby – czy to są gry hazardowe? Nie interesowały mnie Playstation ani konsole.

Palam IQOS. Nie piję alkoholu. Nie mam też uzależnienia od narkotyków.

Jestem hazardzistą z hiperuzależnieniem. W ciągu roku i czterech miesięcy postawiłem 53 tysiące zakładów. Przegrałem ponad pięć milionów hrywien. Wygląda na to, że średnio stawiałem około 110 zakładów dziennie. Nazywa się to "reaktywną ludomanią" – człowiek nie może się powstrzymać, stawia zakłady nieustannie, permanentnie.

Kiedy stajesz się hazardzistą, twój umysł nie należy już do twojego ciała.

Wszystko zaczęło się jesienią 2019 roku, kiedy mama poprosiła mnie, abym poleciał do Włoch do mojego młodszego brata, aby wyciągnąć go z depresji. Po ukończeniu szkoły muzycznej w Krakowie przeprowadził się i rozpoczął naukę w konserwatorium w Salerno. Trudno mu było zaaklimatyzować się w innym kraju.

Kupiłem bilet i poleciałem z Modlinu do Capodichino (lotnisko w Neapolu – UP). W Italii spędziłem jedenaście dni. Zobaczyłem, że mój brat obstawia zakłady i postanowiłem spróbować dla towarzystwa. Za pierwszym razem postawiłem na chybił trafił 20 euro na dwa mecze piłkarskie Serie A. Jeden zakład się sprawdził, drugi nie. Wygrałem 45 euro. To mi zawróciło w głowie.

Stałem się uzależniony praktycznie od pierwszego dnia obstawiania. Wracałem do Polski z jedną myślą: jak tylko wyląduję, od razu postawię. Mogłem sobie pozwolić na wiele. Miałem wtedy 60 000 dolarów w gotówce, które leżały w mieszkaniu na Kowpaka, w antresoli.

Po przylocie zarejestrowałem się w 22Bet. Zacząłem obstawiać w tym serwisie, ponieważ jest on obecny na każdym słupie, we wszystkich zasobach informacyjnych. Wchodzisz na stronę porno, żeby się pod**czyć, a tam – oni. Na YouTube – też. Idziesz ulicą, jedziesz metrem – i tu oni.

Biuro reklamował Jerzy Dudek. Potem tak zwani "ambasadorzy": Conor McGregor, Mike Tyson i inne znane osobistości.

Żywy trup

Mój numer konta w osobistym gabinecie to 1619668. Pozostało na nim 1787 złotych i 85 groszy. Moje konto na stronie zostało zablokowane. Dla nich jestem "anomalnym przypadkiem", zbyt emocjonalnym. Tak mi powiedzieli. Dla bukmachera jestem już problemem.

Pamiętam na pamięć wszystkie szesnastocyfrowe numery czterech moich kart bankowych i kody CVV. Tak wiele razy wykonywałem tę samą operację, że znam wszystkie te cyfry.

Ludomania bardzo zmienia człowieka od środka, zmienia go w inną osobę. Odciąłem się od znajomych i bliskich. Cały mój świat był w grze. Zbudowałem sobie alternatywną rzeczywistość.

Budzisz się z telefonem w rękach i zasypiasz z nim. Bardzo często nie jesz. Idąc do toalety, jedną ręką, przepraszam, trzymasz penisa, a drugą obstawiasz zakłady. Przechodząc przez ulicę od sygnalizacji świetlnej do sygnalizacji świetlnej – obstawiasz.

Ludomani – to sprytni kłamcy, którzy wymyślą wszystko, żeby wyciągnąć kasę. Nadal mam długi. Mam 24 organizacje kredytowe, a windykatorzy ciągle dzwonią. Grozili mojej mamie.

Moje zadłużenie wobec wierzycieli i banków wynosi 200 tysięcy złotych. Jeśli dodać do tego odsetki, kwota podwoiłaby się. Ale porozmawiajmy o realnych pieniądzach, a nie o odsetkach. Jestem też winien osobom prywatnym łącznie 8 500 dolarów.

Jakie mam uczucia? Żadne. Nic nie czuję. W ogóle. Całkowita apatia. Wstydzę się udzielać wywiadów, ale jest to dla mnie swego rodzaju misja. A branie pieniędzy, kiedy jesteś hazardzistą, nie jest wstydem. Po prostu przełamujesz się.

Hazardzista to żywy trup. Mało się ruszasz, powoli umierasz. Przechodzisz przez ogromny stres, twój organizm jest zawsze napięty. Z tego powodu pojawiają się problemy z naczyniami krwionośnymi. Ludzie mają zawały serca, udary mózgu.

Zanim hazardzista dochodzi do samobójstwa, w jego organizmie dzieje się wiele złych rzeczy. Nie masz siły życiowej, żeby powiedzieć: "Wystarczy! Idę pobiegać".

Społeczeństwo polskie jest słabo poinformowane na temat ludomanii. Jakie interesy mają bukmacherzy? Żeby ludzie się o tym nie dowiedzieli. Nie ma problemu – nie ma rezonansu. Nie ma rezonansu – nie ma żadnego wsparcia ani ze strony państwa, ani ze strony biznesu.

Polska musi uświadomić sobie ten problem. Trzeba mówić o ludomanii, wskazać pewne wyznaczniki: kto bierze w tym udział, jaka jest moja osobista wina, jaka część winy spoczywa na państwie, a jaka na właścicielach "hazardu".

Samobójczy biznes

Młody hazardzista z Częstochowy w dniu swoich urodzin powiesił się w szkolnej kotłowni. W Gdyni 19-letni chłopak podpalił się żywcem. Ilu hazardzistów jest w Polsce? Ilu z nich kończy życie samobójstwem? Nikt nie prowadzi statystyk. Nikomu nie opłaca się zatrzymać tej śmiercionośnej machiny.

Aby zrozumieć skalę problemu w Polsce, opieram się na doświadczeniach niewielkiej Gruzji, gdzie dawno zalegalizowano hazard i napotkano wiele problemów. Gruzini posunęli się dalej niż my w zakresie infrastruktury rehabilitacyjnej. U nas po prostu jej nie ma.

W Gruzji wiele organizacji pozarządowych zajmujących się walką z hazardem bierze udział w inicjatywach legislacyjnych. Rozmawiałem z Gugą Beselią (dyrektorem gruzińskiego Centrum Zapobiegania Hazardowi i Hazardowi), który opowiedział mi o rzeczywistej sytuacji.

W kraju o populacji 3,7 miliona, w grę zaangażowanych jest według różnych danych od 400 do 700 tysięcy Gruzinów. W rzeczywistości 10-20% obywateli. Od lipca do grudnia 2019 roku 19 hazardzistów w wieku od 14 do 31 lat popełniło samobójstwo. Było jeszcze siedem "nieudanych" prób samobójczych.

Gruzińczycy wydają co miesiąc od 30 do 40 milionów dolarów na zakłady i kasyna. Pomnóż to mniej więcej przez dwadzieścia, a otrzymasz wielkość "biznesu hazardowego" w Polsce. W tej branży bardzo łatwo zarobić pieniądze. Deweloperowi potrzeba na przykład kilku lat i mnóstwa pieniędzy, aby przekształcić 400 dolarów kosztu metra kwadratowego w 800 dolarów wartości komercyjnej. A "kasyno online" (w tym Total Casino) to natychmiastowe pieniądze w nieograniczonej ilości.

Struktury hazardowe wyprowadzają miliony na zagraniczne konta. W razie czego ich właściciele mają dwa lub trzy paszporty, wyjeżdżają i do widzenia! Nie ma komu zgłaszać roszczeń, nie ma kogo pozywać do sądu.

Przedstawiciele branży hazardowej wywalczają poprzez lobbystów najniższe stawki podatkowe, a swoją działalność rozszerzają nie w Europie i Stanach Zjednoczonych, ale w Tanzanii, Etiopii, Sudanie i innych krajach afrykańskich. Tam, gdzie panuje bezprawie, ubóstwo i nihilizm prawny.

W rzeczywistości kilka milionów Polaków – gracze, ich rodziny, osoby pożyczające pieniądze hazardzistom i nieodzyskujące ich – wzbogacają 10-20 osób, które albo sprawują władzę, albo mają tam potężne lobby. Miliardowe dochody zapewniają strukturom hazardowym duże przywileje. Struktury te przekształcają się w ogromne centra władzy.

Bukmacherzy nie zamierzają wydawać ani jednej hrywny na programy rehabilitacyjne. Nie interesują ich kwestie społeczne. W najlepszym razie interesują ich jakieś "biura odpowiedzialnej gry". Mówiąc prościej – chodzi o to, że wyjaśnia się człowiekowi, że nie jest dobrze przegrywać 1000 dolarów dziennie. Trzeba przegrać 500. A pozostałe 500 przegrywasz jutro. To cała koncepcja.

60% Polaków jest przeciwnych całkowitej legalizacji gier hazardowych. Ale Ministerstwo Finansów nie przejmuje się tym, uchwala ustawę, a prezydent ją podpisuje. Można kręcić wiele reportaży dla telewizji, pisać w Internecie o tym, że legalizacja wyprowadza rynek z szarej strefy. Że podatki pójdą na programy socjalne. Bzdura, zwykła gadanina i populizm!

Biznes i polityka w Polsce to pojęcia synonimiczne. Wszystko jest kupione, nic od nas nie zależy. Policja wie wszystko, a lokale hazardowe nadal działają nielegalnie. Po co dziś tworzy się ten rynek gier hazardowych? Aby go redystrybuować, zamknąć małe kantory i stać się monopolistami, takimi jak Totalizator Sportowy.

Fałszywa gra w polskich kasynach i u bukmacherów

Z mojego doświadczenia wynika, że odrzucam termin "gra". Każdy bukmacher ma na celu odebranie pieniędzy. Gra to równe warunki dla dwóch graczy: na przykład po sześć kart w "głupku" i talia przed tobą.

Kiedy trafiasz do bukmacherów, zaczynają oni poruszać różne tematy. Gra w biurze to zestaw programów. Pracują tam informatycy, psychologowie, marketerzy, analitycy, socjologowie.

Pojawiają się jakieś błędy, dzwonisz do pomocy technicznej, a oni mówią: "Przepraszamy, zaraz wszystko naprawimy". Ale nie wszyscy zauważają te "awarie" w programie, tracąc pieniądze.

Odmawiam mówienia o tym, że przegrałem. Bo nie ma gry. Te pieniądze mi odebrano.

Mój znajomy, który zajmuje się technologiami informatycznymi, twierdzi, że wielu informatyków nie podejmuje pracy u bukmacherów, ponieważ wiedzą, że oprogramowanie, które tam opracowują, służy do oszukiwania.

Bukmacherzy, kasyna online i inne organizacje robią wszystko, co w ich mocy, aby uzależnić cię od hazardu. Dają bonusy pieniężne, zapraszają na zawody sportowe, nagradzają statusem gold. Przydzielają ci osobistego menedżera VIP, który stara się zaspokoić wszystkie twoje zachcianki, obsługuje ciebie i twoje konto.

Po roku "gry" przyznano mi status VIP-a, przydzielono menedżera. Zaproszono mnie nawet do Warszawy.

Było to coś w rodzaju wywiadu-ankiety. Zgodziłem się przyjechać. Prawdopodobnie zadziałało we mnie coś w rodzaju syndromu sztokholmskiego. Chciałem spojrzeć w oczy moim oprawcom.

Przed mną siedziało kilka osób, zadawały pytania i filmowały. Jaki był ich cel? Dowiedzieć się, kim jesteś. Skąd masz pieniądze i ile ich jeszcze masz. Kim są twoi bliscy. Jakie będą ryzyko, jeśli mnie bardziej rozkręcą. Czy mam wpływowych znajomych. Czy jestem osobą publiczną.

Mówienie o legalizacji "hazardu" w Polsce jest absurdalne. Jaka legalizacja, skoro nikt nie zauważa naruszeń? Pomimo podpisanej przez prezydenta ustawy, kasyna online i bukmacherzy nadal działają nielegalnie, tak jak dotychczas, bez licencji. A wydane licencje nie zmieniają sytuacji.

Pójdziesz do sądu, złożysz skargę, że oszukały cię firmy, które działają i znajdują się w Polsce nielegalnie, a oni odpowiedzą ci: "Sam jesteś sobie winien. Ty jesteś małpą, a ja królem góry".

Wina

Można powiedzieć: "Kto jest ci winien, jeśli nie ty sam?". Tak, zdaję sobie sprawę z części winy, człowiek zawsze odpowiada za swoje czyny. Ale nie biorę całej winy na siebie. Zwykły człowiek jest bezsilny w starciu z ogromną machiną hazardową.

O jakiej indywidualnej winie gracza można mówić, skoro państwo przymyka oko na oszustwa, na nielegalny biznes?

Jeśli młody człowiek kupuje narkotyki i umiera z przedawkowania, to czy jest sam sobie winien? Ktoś mu przecież sprzedał te narkotyki. Ktoś inny sprawił, że dowiedział się o tych narkotykach. Ktoś go namówił.

Masz, powiedzmy, zapalenie wyrostka robaczkowego. Idź na operację i umierasz na stole operacyjnym. Mówią ci: "Sam poszedłeś do tego chirurga, a mogłeś pójść do Wiktora Pietrowicza!".

Negatywne nastawienie społeczeństwa do hazardzistów, przerzucanie całej odpowiedzialności na nich – to jest to, czego potrzebują właściciele branży hazardowej, jej lobbyści i beneficjenci u władzy.

Bukmacherzy łatwo ukrywają się w terminalach płatniczych pod pozorem "pokera sportowego". Można tam spokojnie doładować konto.

Władze mówią o tym, gdzie zgodnie z prawem powinny znajdować się kasyna, ale każdy uczeń może stać się hazardzistą. Aby stracić swoje życie, człowiek nie musi nigdzie iść, do żadnego kasyna. Potrzebny jest tylko telefon i internet.

Nieletni może spokojnie zarejestrować się na stronie, podając numer telefonu, imię i nazwisko oraz numer karty bankowej mamy lub taty. Biuro nie przeprowadzi weryfikacji. Nie obchodzi ich to. Nie ma systemu kontroli.

Będą przeprowadzać weryfikację, wymagać wyciągów z konta i innych dokumentów, jeśli wygrasz dużą sumę i będą musieli wypłacić ci pieniądze. A uczniowi, który wydał pieniądze rodziców, powiedzą: "Kolego, złamałeś zasady, nie masz 18 lat".

Bukmacherzy w Polsce odchodzą od "koncepcji PPS" – punktów przyjmowania zakładów. Uważam, że weryfikacja powinna odbywać się fizycznie. Przychodzisz z wszystkimi dokumentami osobistymi do prawdziwego biura i otwierają ci konto.

Umowa oferty, którą proponują ci zaznaczyć na stronie internetowej, jest sporządzona w taki sposób, że bukmacher zrzeka się wszelkiej odpowiedzialności za wszystko, co stanie się z tobą później. Bukmacher może jednostronnie zmienić zasady i nawet cię o tym nie poinformować. Może anulować wygraną, a ty nie będziesz w stanie nic na to poradzić.

Kara

Moje relacje z przyjaciółmi i rodziną nie są teraz normalne. Popełniłem sporo błędów, za które będę musiał długo odpokutować. Wpadłem w długi.

Trudno jest pogodzić się ze stratą pięciu milionów. Nadal nie mogę się z tym pogodzić. Nieco ponad rok temu miałem wszystko, nie było tej brudnej sytuacji. Szczerze zarabiałem, odkładałem pieniądze.

Pieniądze to nie jedyny zasób, który można przegrać w grach hazardowych. Przegrałem wszystko: zaufanie rodziny i bliskich, reputację. Straciłem godność ludzką.

Dla mnie to kara. Coś zrobiłem nie tak w życiu. Życie dało mi nauczkę.

Byłem dość znaną osobą w Lublinie. Organizowałem wystawy w Narodowym Muzeum Sztuki, w Lubelskiej Galerii Obrazów. Zajmowałem całkiem niezłą pozycję w swojej niszy. Ale to wszystko poszło na marne.

Myślę, że nie mam szans, aby powrócić do tego, co miałem. W mojej branży zawodowej ludomania zamyka wszystkie drzwi. Nie ma do ciebie zaufania. Poza tym nie chcę narażać ludzi moim śladem kredytów i przegranych.

W Polsce niestety nie ma wystarczającej liczby ośrodków rehabilitacyjnych i specjalistów, którzy pomagaliby takim osobom jak ja. A te, które istnieją, bardziej przypominają sekty, zamknięte struktury, gdzie obiecują "kodowanie" za pieniądze, których oczywiście nie mają hazardziści pogrążeni w długach.

Polska potrzebuje centrum do walki z hazardem. To nie jest moje osobiste marzenie, ale konieczność. Społeczeństwo musi zjednoczyć się w walce z nielegalnym biznesem hazardowym. Nie można zamykać się w małych społecznościach i zajmować się samobiczowaniem: "To wszystko nasza wina!". Trzeba otwarcie mówić o problemie i jego skali.

Hazardzista to status na całe życie.

Ludomania – to choroba przewlekła. Można ją doprowadzić do remisji, a nawet zapomnieć o niej na jakiś czas. Ale potem coś się dzieje, denerwujesz się – i możesz wrócić do tak zwanej "gry".

Czy postawiłbym teraz, gdybym miał pieniądze? Nikt tego nie wie. Nie potrafię szczerze odpowiedzieć na to pytanie. Byłoby hipokryzją powiedzieć: "Nie, co ty?! Teraz jestem inny!".

Na razie nie ręczę za swoje ego.